»Provocation (Prowokacja) - Oficjalna Strona UOClone Shard: Tajemnica Edari

Rozdział III. Klejnot w Koronie.

Provocation (Prowokacja)
ProwokacjaGospoda była zatłoczona niemal do granic możliwości. Na zewnątrz siąpił drobny, zimny deszcz, a silny, zimny wiatr hulał niczym rozpędzony źrebak, sprawiając, że drżące światło pochodni rzucało wszędzie dziwaczne, migotliwe cienie. Nic, więc dziwnego, że mało komu chciało się w tak paskudny wieczór chodzić po mieście, za to wszyscy woleli wypić sobie po kufelku piwa w cieple buchającego wysoko z kominka ognia. Właśnie migocący przez szyby ogień i gwar radosnych ludzkich głosów zwabiły tutaj drobnego, chudego starca, odzianego w burą, podniszczoną opończę. Najsamprzód gospodarz chciał wypędzić z powrotem na deszcz biednie wyglądającego przybłędę, zrezygnował jednak, gdy wyjrzał na zewnątrz karczmy – burza rozhulała się na dobre, zalewając miasto potężna ulewą, ulicami zaczęły już płynąc bystre potoki burej wody, zmiatając wszystko po drodze, a pioruny biły tak gęsto, że zdałoby się, iż gdzieś tam hen, na szczytach gór walczą na błyskawice jacyś obłąkani magowie. Karczmarz wzdrygnął się mimo woli – zaiste w taką żal wybyło i psa na dwór wygnać, a co dopiera biednego człeka. Nalał więc starcowi kieliszek spirytusu dla rozgrzewki, i starając się przekrzyczeć wichurę, zagadnął: „Hej, ojczulku, a skąd twoja droga wiedzie? Coś mi siem zda, że wiele w życiu widziałeś, i niejedno mógłbyś nam opowiedzieć….”. Starzec nie zareagował, nadal tępo wpatrując się w przestrzeń, barman podniósł więc głos nieco wyżej, niż zamierzał – bo przeca poczęstował człeka, zagadał, a ten jak kłoda siedzi i udaje że nikogo tu nie ma! Dopiero teraz wędrowiec odwrócił swoją posiwiałą głowę, i szczerząc pożółkłe, krzywe zęby, (choć po prawdzie nie miał ich za wiele) odpowiedział znękanym, matowym głosem, jak ktoś, kto nie słyszy wypowiadanych przez siebie słów: „Ekhhhh…eehhh..ee….wybacz…ehhuu..nie słyszem zbyt dobrzem..tak, tak, nie slyszem…ehhmmm..” Mamrotał coś jeszcze chwilę pod nosem, a gdy barman, sądząc że już nic sensownego nie wydobędzie z włóczęgi, starzec łyknął spirytusu i odezwał się nieco mocniejszym głosem: „Tiak, tiak..stary juzem i pinindzy zadnych ni mam..lecz jeno znam kilak historyji…może za zaplata starczy..?” Gwar w gospodzie przycichł nieco, ludzie odwrócili się w kierunku staruszka z zainteresowaniem, ten i ów nawet podsunął mu krzesło i kufelek przedniego piwa. Wiadomo przecież, że nic tak nie zaostrza apetytu, i nic nie jest tak ciekawe jak dobre opowieści snute przy kominku, gdy na zewnątrz hula wichura….Starzec uśmiechnął się lekko, łyknął dobry haust z kufelka, odchrząknął i zaczął snuć swą opowieść…Gwar przycichł niemal zupełnie, nawet grupa grających w karty górników starał się robić to cicho, a śród szumu deszcz i skwierczenia sosnowych polan płynęła opowieść starca, snuta jego schorowanym, drżącym głosem…

„Było to dawno temu, nie tak dawno jednako, jak dawno być by mogło. Miasta tu nie było jeszcze, jeno niewielka osada, otoczona wysoką palisadą…czasy były, bowiem niespokojne, przyroda nieokiełznana, i łatwiej było po lasach spotkać różne stwory przerażające, co zgubę ludziom niosły. Lecz nie tylko od potworów ludzie wtenczas ginęli, bowiem wokół srożyła się okrutna wojna. Zmarł stary król, a jego trzech synów rujnowało kraj, każdy bowiem usiłował drugiemu wydrzeć, to co mu się rzekomo należało. Na kłótni możnych cały kraj cierpiał – nie było komu spraw rozsądzać, ni zbójców w szachu trzymać, tedy grasanci po traktach napadali, a czasem i pod wioski podchodzili, śmierć i niedole zadając….Jednakoż tu żyło się spokojnie w miarę – osada była mała, ludzie liczni i bitni, a do traktu i miast większych – daleko. Takoż, co niezwykłym było, niedaleko osady tej, Polaną podówczas zwanej, siedzibę miały Elfy leśne, z którymi ludzie żyli w zgodzie, co niezwykłym w tamtych czasach było….Żywot upływał ludziom spokojnie – ścinali drzewa, mieli niedaleko mała kopalnię, na poletkach, lasowi wyrwanych uprawiali co do życia im potrzebne było. Młodzi polowali po lasach, częstokroć przez czas jakiś u elfów pomieszkując, słowem – harmonia…gdy wodzem tych dzielnych ludzi został Jawor, zwany Starym, osada przeżywała rozkwit, choć (o czym nikt nie wiedział podówczas) stare królestwo ostatecznie pogrążało się w chaosie i pożodze. W ten czas przybył do leśnych elfów niezwykły gość, podróżnik z dalekich krain – Elf Wysokiego Rodu, przybysz znad morza. Nikt nie poznał jego prawdziwego imienia, ni powodu dl którego ruszył w tułaczkę….Po prawdzie nikt by chyba nie śmiał tego uczynić. Tyle bowiem, jak jasnowłosi i szczupli leśni elfowie, skorzy do śmiechu i zbaw, pogodni i przyjacielscy, zdawali się leśnym ludziom niczym nieco starsi bracia, od przybysza tchnęła jakaś dziwna moc, jakaś ukryta siła. I choć nigdy, słowem ni czynem przeciw ludziom nie wystąpił, unikano go, a dziwne o nim opowieści szeptano tylko, głośno nie mówiąc. Sam zresztą o towarzystwo czy ludzi czy elfów nie zabiegał – spędzał samotnie dnie i tygodnie, wałęsając się po lasach, i choć często widziano go w wielu miejscach, nikt nie wiedział, czemu służą te jego wyprawy. Różnił się zresztą nie od swych współbraci nie tylko upodobaniem do samotnych wędrówek – był szczupły, ciemnowłosy, zdecydowanie wyższy, i ubierał się zwykle w szarości i błękity (stąd w osadzie nazywano go Zimorodkiem), nie w zielenie i brązy zwyczajem leśnych elfów. Nikt nie wiedział również, by nosił ze sobą broń, jeno zawsze na plecach miał zarzuconą małą harfę cudownej roboty, nie słyszano jednako, by na niej grał kiedykolwiek…nikt go ni z elfów ni z ludzi nie znał bliżej, tedy, jak zniknął razu pewnego niespodzianie, nikt specjalnie się tym nie przejął, ba, mówiono nawet, iż to dobra nowina…Po dniach kilku o zaginionym elfie zapomniano, jeno Jawora dręczył jakiś niepokój, dziwne mrowienie duszy. Pewnej nocy tedy, wstał, ubrał się jak na wędrówkę, pożegnał się z brzemienna podówczas żoną, i wyruszył w lasy, pilony jakimś tajemniczym wezwaniem. Długo nie wracał, i gdy poczęli się ludzie niepokoić, objawił się wreszcie po niemal dwóch tygodniach– brudy, zmęczony, i ranny, lecz prowadził ze sobą Zimorodka właśnie – a raczej wlókł umierającego elfa….Obu zdołano odratować, choć i elfowi i człekowi pozostały na zawsze ślady trudów, które przeszli….nikomu jednak, żonie nawet, Jawor nie zdradził, gdzie bywał, i co się z nim i elfem działo w mrocznych ostępach lasu działo, a nieraz o to nagabywany jako grób milczał. Lata płynęły dalej utartym rytmem, leśni elfowie opuścili okolice Polany, Zimorodek został jednak i zbliżył się nieco do ludzi. Jawor postarzał się w końcu i zmarł po długiej chorobie, a wkrótce potem za nim do krainy cieni podążyła nieutulona w smutku żona. Syn Jawora, Jesion, był wówczas młodzieńcem dwudziestokilkuletnim, świeżo zaślubionym ze Strugą, takoż dziewczyną z Polany, córka zaś Jawora, Wilga, kończyła osiemnasty rok życia. Upłynęło jeszcze kilka zim, i Jesion został, jak niegdyś ojciec, wodzem ludzi z Polany. Wtenczas Zimorodek niemal zupełnie pobratał się z leśnymi ludźmi. Nikt już nie pamiętał, co niegdyś szeptano o tym dumnym elfie, wszyscy przyjmowali go chętnie, a niejedna panna wzdychała po cichu do przystojnego przybysza. Zimorodek zamieszkał w opuszczonej chacie Jawora, i szybko dało się poznać iż ma rozliczne talenta i głęboką mądrość, przyrodzoną Starszym, jako tam nazywano elfów. Parał się niemal wszystkim, ucząc się od ludzi ich rzemiosł, jednakoż wszelkich rzemieślników w kunszcie szybko przewyższył – spod jego dłoni wychodziły rzeczy piękne i użyteczne zarazem, trwałe i cieszące oko, zdałoby się – uczynione magiczną sztuką. Jednak podziw najwyższy budził jego kunszt śpiewaka i muzyka – nikt chyba i nigdy nie zdołałby w słowach oddać smutku i czaru jego pieśni, ich niezwykłego piękna i mocy. Powiadali ludzie, iż były one tak czarowne, że Zimorodek potrafił uspokajać nimi leśne bestyje ,a ludziom dodawać ducha i sił przy pracy….tak toczyło się życie na Polanie, wypełnione ciężką pracą ludzi, długimi dniami i spokojem. Jednako nic nie trwa wiecznie, szczęście tym bardziej, i gdy po ciężkiej zimie nadeszła w końcu upragniona wiosna, czarne chmury zaczęły się zbierać nad osadą. Zarazu nic na to nie wskazywało – kraj wokół uwolnił się wreszcie od koszmaru wojny, nastał pokój, a królewskie wojska miast napadać na wioski, jeły po lasach ścigać grasantów, stąd i w całym kraju zrobiło się bezpieczniej. Lecz na jesienią właśnie zdarzyło się coś, co ludzie jako złą wróżbę odczytali – brat żony Jesiona, Potok, człek gwałtowny i o czarnym sercu, usiłował zniewolić Wilgę. Szczęściem, czyn ów niecny mu się nie udał, ludzie zaś oburzeni chcieli powiesić gwałciciela, Jesion jednakoż, nie chcąc żony swej zasmucać, kazał Potoka oszczędzić – wygnał go jednak z wioski, pod karą gardła zabraniając wracać kiedykolwiek. Czarna nienawiść jenakoż wezbrała w sercu banity, i nie minęło kilka niedziel, jak zdołał po traktach zebrać rozproszonych grasantów i ją oblegać osadę. Nie podchodził bliżej jednak niżeli do linii drzew, Zimorodek bowiem czuwał, i zawczasu swa pieśnią zwykł ostrzegać mieszkańców przed grożącym im atakiem. Jesień przeszła spokojnie, zima nadeszła jednak sroga, ludzie zaczęli bowiem odczuwać boleśnie skutki obecności grasantów – transporty żywności nie dochodziły, do lasy drew nazbierać też nie szło iść, zaraz zbóje bowiem każdego rozsiekiewali okrutnie…Pieśni elfa dodawały wszystkim duch i sił, pieśnią jednako nie da się żołądka nasycić…minął jedne miesiąc, drugi, niektórzy ludzie już z głody mrzeć poczęli…sytuacja stawał się powoli tragiczną…i stąd pewnej nocy Jesion, jak niegdyś ojciec, naciągnął mocne buty, wziął w rękę kij sękaty i nikomu nic nie mówiąc, wyruszył niespostrzeżenie w kierunku najbliższego miasta, by sprowadzić pomoc.. przedtem jednak spotkał się z Zimorodkiem i zaklął go wielkimi słowami, by, gdyby Jesion nie wrócił, pieczę miał nad mieszkańcami, a jak by Potok ze swymi zbójami jednak wdarł się do miasta przemocą – by chronił siostrę i żonę Jesiona. Tak pożegnali się środ ciemnej nocy, i Jesion nie wrócił faktycznie – dojrzały go gdzieś w samotnej wędrówce złe oczy i zbójcy Potoka zastrzelili go z kusz w zasadzce – nikt bowiem nie miał dość odwagi, by stanąć z nim twarzą w twarz…Pozbawieni wodza, bez szans na pomoc, głodni i zdesperowani, mimo ostrzeżeń elfa, ludzie ulegli w końcu przeważającym siłom, i bandyci rzucili się na bezbronną już osadę niczym kruki na padlinę…gwałcili, rabowali, niszczyli bez litości, a tych z ludzi, co jeszcze żyli, zgnali do niewolniczej pracy w kopalniach… Potok swego celu jednakoż nie osiągnął – i Wilga i jego siostra, Struga, nie żyły już, gdy wkraczał tryumfalnie do grodu – skoczyły obie z palisady zimne nurty rzeki – jedna, nie chcąc mu ulec, druga, złamana hańbą, jaka przypadła w udziale bratu. Elfa pochwycono, i zaprowadzono przed oblicze Potoka, który mienił się już panem Polany. Lecz Potok nawet, mimo iż serce miał już do szpiku przeżarte mrokiem, nie znalazł w sobie dość odwagi by go zabić. Wykpił go jednak mówiąc : „ Cóż, marny grajku i jeszcze gorszy nocny stróżu...nie pomogły ani twe oczy, ani twe śpiewy ..teraz poznałeś silniejszego ..ukorz się przede mną, a daruje ci życie. .bo będę na swym dworze potrzebował baczna, co będzie mnie śpiewem zbawiał ..hehe…” Zimorodek nie odezwał się ani słowem, ni ruchem nie dał znać, iż go to cokolwiek obchodzi, czy też o swe życie się obawia… nic nie rzekł też, nie krzyknął nawet, gdy na rozkaz owładniętego furią herszta połamano jego lutnię, wypalono oczy i wyrwano język…półżywego rzucili go zbójcy do lodowatej rzeki, która poniosła bezwładne ciało daleko, do Morza…nie zginął jednak, ulitowali się bowiem nad nim bogowie, którzy podobno radzi słuchali jego śpiewu…gdzie jest jednak teraz ten, którego ludzie zwali Zimorodkiem, i czy zaleczone zostały rany zadane mu żelazem i ludzką nienawiścią tego nikt nie wie…jednakoż śród tych, którzy jako niewolnicy Potoka ocaleli, krąży uporczywie przekazywana z ust do ust plotka, iż powróci on w końcu, by spełnić przysięgę niegdyś dana w ciemną noc Jesionowi, i wsiąść pomstę za wszelkie cierpienia…”

Tu starzec przerwał na chwilę swą gawędę, pociągnął z kufla zdrowo, i uważnie rozejrzał się po słuchaczach, wypatrując, jakież to wrażenie wywarły na nich jego słowa. Dostrzegłszy, że już niemal wszyscy pilnie się w niego wpatrują, słuchają z napięciem opowieści kiwnął z uznaniem głową…stuknął kufelkiem o blat i zakończył takimi słowami:

„Cztery dziesiątki lat od tamtej pory do dziś minęły…na miejscu Polany to miasto wyrosło, gdzie teraz wszyscy siedzimy…Potok nadal tu rządzi, tak czy inaczej ..imię swe zmienił, by nikt mu przeszłych wydarzeń rychło nie przypomniał….lecz my pamiętamy…my którzy jak niewolnicy to miasto wykuliśmy swymi kilofami…my którzy ocaleliśmy, by pójść w okrutną niedolę ..lecz czekamy, tak czekamy i wierzymy, że zjawi się ktoś kto nasze krzywdy pomści wreszcie…i wiedzcie, moi słuchacze, że dzień to bliski…ostatni z nas już umierają, Potok nadal się pławi w dostatku ..lecz niedługo.. niedługo…”

Tu skończył, lecz suchy jego kaszel, niczym ostatnie, bolesne wołanie rozbrzmiewał jeszcze długą chwilę w panującej gospodzie ciszy. I dopiero, gdy ustało starcze rzężenie, poczęto tu i ówdzie szeptać, komentując opowieść przybłędy. Pytali się niektórzy, czy to prawdą być może, szybko ich jednak wyśmiano – wiadomym jest przecież, że tacy wędrujący żebracy nieraz kłamią i kręcą, z fantazyji i plotek splatając kunsztowne opowieści, prawdy znamiona noszące, oszukańcze jednak, jak jarmarczna sztuczka kuglarza. Chwalono jednak starca za opowieść, cóż z tego, iż nieprawdziwą była, skoro okazała się ciekawa i zajmująca? Podsunięto mu kolejny kufel piwa, proszono o następna gawędę, ktoś nawet półżartem rzucił, że zaiste, opowieść tak żywą się zdała, iż słychać w karczmie granie lutni…powitano to śmiechem, ludzie wrócili znów do swych żartów i dysput, do zimnego piwa i gorącego ognia, ci jednak, co obdarzeni byli lepszym słuchem, zdołali pochwycić śród szumu deszczu i karczemnego hałasu coś jak dźwięki lutni właśnie…nie wiadomo co to była za melodia, czy melodia to była w ogóle, jeśli towarzyszyły jej jakieś słowa, roztapiały się one w przemożnej fali dźwięku…muzyka potężniała, stopniowo, powoli wsączała się do ludzkich serc i umysłów, czyniąc dziwne rzeczy z myślami i pragnieniami… starzec zdawał się nie słyszeć tej cichej melodii, odmiany w otaczającym go gwarze; przysypiał, ukołysany alkoholem i monotonnym szumem głosów ludzkich i deszczu za oknem….Przebudził się jednak zaraz, jakiś wyczulony, zwierzęcy zmysł ostrzegł go przed tym, co miało się wydarzyć ..z początku nie wiedział jeszcze co to być może, po chwili posłyszał jednak w gwarze ludzkich rozmów jakieś twardsze nuty, zarazu nikłe, po chwili jednak ciężkie jak gradowe chmury…gniew, gniew rósł w tych ludziach z sekundy na sekundę, z minuty na minutę potężniejszy, irracjonalny, wściekły, niczym jakiś upiorny pożar, niczym gotująca się woda, by po chwili wybuchnąć potężnym płomieniem – błysnęły noże, ktoś zakrwawionu upadł na podłogę, poszły w ruch pięści, krzesła, kufle, ludzie rzucili się na siebie niczym żądne krwi zwierzęta…Muzykę słychać było już wyraźnie, nawet jak na przygłuche, starcze uszy – dziwaczna, pozbawiona rytmu i piękna melodia, drapieżna i pełna utajonego bólu, wściekła i żarłoczna, niosąca przeraźliwą skargę, rozpalała serca, zaćmiewała umysły, ogień, ogień wszędzie, już całe miasto zabijało się nawzajem, ludzie nie znali umiaru w gniewie, ogień, ogień, krew czerwona na ulicach, krew za krew niegdyś tu zabitych, oko za oko, ząb za ząb, śmierć za śmierć, cierpienie za cierpienie – deszcz już nie dławił płomieni, ogień szalał wszędzie, ludzie mordowali się dalej, nie zwracając uwagi na siebie, rany i płonące miasto ..i zanim starzec upadł, zanim zginął przygnieciony padającą belką, krzyczał jeszcze do siebie w szaleńczej ekstazie: „odpłata, nareszcie, odpłata za lata, za tyle lat, za nasze cierpienie, Potoku..,hahahaha, już nie żyjesz, skurwysynie, zabija cię własna nienawiść, odpłata….”; nikt go nie słuchał ; miasto umarło, razem z ludźmi, poległymi ze swych własnych rąk, zabitymi swą własną, tajoną nienawiścią….

Płonące miasto ze szczytu wzgórza wyglądało niczym czerwony, gorejący rubin, leżący wśród lasów niczym w ciemnej ziemi. I gdyby nie słuchać było, dochodzących aż tutaj upiornych krzyków mordowanych i płonących żywcem, gdyby nie czuć było tego smrodu spalenizny, widok zaiste można by nazwać pięknym. Zdało się jednak, że niewiele to okrutne piękno obchodzi wysoką, ubraną w ciemnoniebieski, mocno już zniszczony, płaszcz z zakrywającym twarz kapturem, stojącą na wzgórzu postać. Wędrowiec opuścił ręce, przestając wygrywać na kunsztownie wykonanej lutni ową dziwaczną melodię, i niezwykłą, niepewną starannością zaczął powoli schodzić w dół zbocza, ku szemrzącej w dolinie rzece. Ptaki milkły, gdy przechodził, zwierzęta posłusznie ustępowały mu z drogi, gdy, kuśtykając, nucił jakąś pieśń, pełną żalu i bólu, zupełnie jednak pozbawioną słów, jakby przybysz nie potrafił zupełnie mówić…i gdy zszedł niemal zupełnie w mrok zalegającego dolinę lasu, księżyc na chwilę wychynął zza ciemnych burzowych chmur, a srebrne światło padło na skryta pod kapturem twarz wędrowca, niczym ostatni, pożegnalny pocałunek Nocy….I gdybyś stał wtedy blisko, tak blisko, żeby ujrzeć gorzki uśmiech na twarzy nieznajomego, zobaczyłbyś, zobaczyłbyś wyraźnie, że światło wydobywa z mroku, piękną i szlachetną twarz ciemnowłosego elfa, jednak w miejsce mądrych, łagodnych oczu ma on dwie, ziejące czernią i zaschniętą czerwienią, poszarpane, krwawiące rany….

Prowokacja, to umiejętność barda, pozwalająca mu na wrogie nastawienie do siebie dwóch potworów lub zwierząt. Potwory te będą się atakować tak długo, aż jedno z nich nie dosięgnie śmierć.

- szansa na prowokacje zależy od bazowej trudności jakie przypisane mają potwory, rodzaju instrumentu oraz od wysokości umiejętności: Muzykowania i Prowokacji,
-gdy jedno ze sprowokowanych stworzeń padnie, to pełne prawo do grabieży ciała posiada bard; dostaje on również sławę i karmę. Warunkiem jest, aby wszystkie obrażenia, aż do śmierci zadał sprowokowany przez niego potwór. W przeciwnym przypadku (gdy na przykład pomoże nam ktoś z poza drużyny, choćby w bardzo niewielkim stopniu), bard traci prawo do legalnego zebrania zawartości zwłok,
- po udanym lub nieudanym użyciu umiejętności prowokacji, musimy odczekać pewien okres czasu (ok. 7-8 sek) zanim będziemy mogli go użyć ponownie,
- szanse na sprowokowanie rosną, gdy na prowokowanych przez nas potworach, użyjemy umiejętności Discordance,
- nie wszystkie potwory da się sprowokować (np. Gnijąca czeluść),
- umiejętność nie działa na graczach,
-zwierzęta należące do graczy, nie mogą zostać sprowokowane, lecz mogą być celem prowokacji.


PORADY:
-Umiejętność ta jest bardzo ciężka do ćwiczenia, dlatego dobrze jest ustawić ją na poziomie 50 przy tworzeniu postaci,
-Ćwiczenie będzie szybsze, gdy np. zabierzemy się z grupą graczy na jakieś trudniejsze potwory. Wytrenowany bard to niezwykle przydatny sprzymierzeniec.

Umiejętność niezbędna na przynajmniej 90% do korzystania z pieśni barda opartych o prowokację. Więcej w dziale Pieśni Bojowe.

Dodano: 2006-08-16
(Ostatnia Zmiana: 2016-08-26)