»Znaki - Oficjalna Strona UOClone Shard: Tajemnica Edari

Rozdział III. Klejnot w Koronie.

Znaki

Pieśń Północnego Wichru

Wspaniałe uczucie... Kilof rozbija skały z niebywałą łatwością, odsłania bogactwa, ukryte głęboko pod ziemią. Półmrok kopalni, rozświetlany nikłym światłem pochodni, zapach wilgoci i dźwięk rozbijanych skał, koją zmęczone zmysły. Kto powiedział, że praca nie może być odpoczynkiem? Przerwał na chwilę, rozejrzał się z uśmiechem, po czym napluł w dłonie i wrócił do rozbijania skał. Nawet tu, w głębinach minockich kopalni czuć było późną wiosnę, jej oddech odbijał się od ścian, gdzieniegdzie połyskujących droższą rudą lub szlachetnym kamieniem. Zapakował kilka białych kawałków numythrilu do sakw przytroczonych do grzbietu jucznej lamy i pociągnął ją za sobą w głąb kopalni. Przystanął kilka metrów dalej, ocenił podłoże fachowym okiem, pogładził bujną, rudą brodę i zabrał się do kopania. Jak dobrze pójdzie nim nadejdzie Miesiąc Prastarego Wyrma zgromadzi niemałą fortunkę. Powinna wystarczyć na porządną zbroję, kilka toporów i beczułek porządnego piwa, rozgrzewającego krew i ducha w zimowe wieczory.
Jego rozmyślania przerwał nagły świst. Z północnych tuneli kopalni zawiało chłodniejszym powietrzem, gdzieś w oddali dało słyszeć się jakiś bełkot. Co u licha? Czyżby jakiś człowiek zgubił drogę po pijaku? Głowy mają tak samo słabe jak piwo... Ledwo zdążył ruszyć w kierunku, z którego dochodził coraz głośniejszy szum, momentami przechodzący w szept, kiedy zewsząd otoczył go silny wiatr. Czas jakby na chwilę się zatrzymał, krasnolud złapał swoją szamoczącą się w podmuchach brodę i wsadził ją za pas mocniej ściskając kilof. Co za licho? Krzyknął donośnie całkowicie zdezorientowany:
- Ush mirs odat wabyr kayr dunglor! - po czym rozstawił nieco  nogi i zaparł się na nich mocno, by nie stracić równowagi.
Wiatr przybierał na sile, a w jego wyciu i jękach dało się wychwycić słowa. Wyśpiewane w języku którego Khazad nie rozumiał, mimo to pod jego czaszką malował obrazy, wizje podobne snom. Ujrzał dziecko, które otaczała świetlista aura, dziecko płakało by zaraz rozesmiać się dziwnym, nienaturalnych chichotem. Czas jakby zatrzymał się w miejscu, pieśń wichru opowiadała o bitwie, krasnolud niemal widział oczyma wyorbaźni krew rannych, szczęk stali i rżenie oszalałych koni. Po chwili wicher zanucił melodię opowiadającą o wielkim ołtarzu, ukrytym w najdalszych zakątkach Sosari, na ołtarzu skrzyły się dziwne kryształy, w których płonął żywy płomień...
Wizja rozbiła się na drobne, zupełnie jak kamień tłuczony kilofem. Krasnolud zamrugał oczami.
- Obyś sczezł... - wyszeptał półprzytomnie, po czym splunął siarczyście na ziemię. Wrzucił kilof do sakwy przytroczonej do grzbietu lamy i udał się ku wyjściu z kopalni. Trudno, fortuna poczeka, trzeba co rychlej zawiadomić kamratów. Ta licha dziewuszka, chyba miała jednak rację. Niech demony wezmą całe to zamieszanie, chociaż z drugiej strony...
-
Runk A af waranak Drek um Grund - wymamrotał pogrążony w myślach mijając jakiegoś górnika.
- Co mówiłeś Panie? - zapytał człowiek.
- Zwycięstwo należy do tych, którzy najbardziej w nie wierzą. - powtórzył machinalnie wciąż zamyślony krasnolud nie zatrzymując się nawet na chwilę.

A mówią, że krasnoludy to proste istoty - pomyślał człowiek.


***

Złociste Obłoki

Świst strzały przeszył powietrze, lotka musnęła policzek zupełnie zdezorientowanego elfa. Uchylił się mimowolnie, jednak zbyt późno. Gdyby strzała celowała w niego, leżałby teraz martwy. Spojrzał w kierunku, z którego przybyła i zmarszczył brwi, nie udało mu się jednak ukryć błąkającego się na ustach usmiechu.
- Witaj Najpiękniejsza - powiedział z lekkim przekąsem - Nie sądziełem, że czychasz na moje życie. Nadchodząca od strony lasu elfka zaśmiała się dźwięcznie.
- Jesteś zbyt rozkojarzony, znowu podeszłam Cię bez trudu.
- Za to Ty zbyt pewna siebie, kiedyś trafisz prosto w me serce - wypowiedziawszy te słowa uśmiechnął się do niej szeroko.
- Na to własnie liczę - odpowiedziała spoglądając mu w oczy - Zagrajmy! Dwie strzały, jeden cel, która trafi szybciej, bliżej środka celu, wygrywa.
Elf natychmiast dobył łuku, wyciągnął strzałę o lotce barwionej na ciemno bordowy kolor. Elfka uczyniła to samo, jej lotki były jasno zielone. Pokazała na pobliskie drzewo, na jego czubku, targany wiatrem bronił się z całych sił ostatni liść. Zima zebrała swoje żniwo. Elf kiwnął głową.
- Na trzy - rzucił rozbawiony.
- Raz, dwa, trzy! - krzyknęli oboje, a cięciwy zagrały ledwosłyszalną, miłą uchu pieśń. Strzały poszybowały w niebo. Oboje spojrzeli za ich lotem i oboje jak urzeczeni wypuścili z dłoni łuki...
Całe niebo roziskrzyło się złotymi obłokami. Mimo wcześniejszej, typowej dla zimy, stalowej, mglistej barwy, teraz jaśniało. Słabe o tej porze roku słońce, jakby zawstydzone migoczącym, żywym złotem, skryło się całkiem za chmurami, ustępując im pokornie miejsca. Obłoki powoli sunąc po niebie otulały szczerozłotą poświatą całą okolicę. Elfka przemówiła pierwsza, mimo że jej wielkie sarnie oczy, odbijające blask chmur, zdawały się pogrążone w transie.
- Co to jest melamin... Czy widzisz to co ja? - powiedziała szeptem, jakby bała się, że głośniejszy dźwięk złamie czar.
- Lure Faun... Zatem to prawda - wyszeptał elf.
Chmury zamigotały na nieboskłonie, po czym rozpłynęły się, zabierając ze sobą niesamowty poblask. Niebo przybrało zwyczajną, zimowa barwę, a blade słońce wychyliło się nieśmiało. Polana opustoszała, elfy zniknęły w lesie niosąc swemu ludowi nowinę o tym, co widziały.
Pod jednym z drzew, sterczały dwie strzały, jedna idealnie wbita w drugą, obie przybijały do ziemi mały liść...


***

Przezrocza

Wiosna przyszła z całą swoją siłą, napełniając powietrze zapachem pierwszych kwiatów i traw. Zaciągnął się nim mocniej, przyjemnie rozpychało płuca, napawając dziwną nadzieją. Może to będzie lepszy rok? Ziemia tylko czeka aby wrzucić w nią ziarno i cieszyć się myślą o plonach. Spokojem brytańskich farm, dymem z fajki i wiosennym słońcem. O tak, po latach wojen, bijatyk i potyczek, czas zasmakować prawdziwej nudy. Nieziemskiego lenistwa. Rutyny. Wspomniał miecz wiszący teraz nie u jego pasa, a nad kamiennym kominkiem. Najwyższy czas by tam właśnie trafił. Tak, być może to będzie dobry rok...
Uniósł do ust fajkę, by z lubością zaciągnąć się gorzkawym dymem niesamowitej mieszanki ziołowej prosto z Yew i skamieniał.

Jego dłoń... W promieniach wiosennego słońca wydała się przez chwilę całkiem przezroczysta, zupełnie jak utkana z dymu lub powietrza. Zamrugał oczyma. Do stu demonów! Zielarze z Yew mówili, że czarcie ziele jeno odpręża. Spojrzał nieśmiało raz jeszcze po to tylko, by utwierdzić się w przekonaniu, że odejmuje mu rozum. Jego dłoń, jak i całe, poryte bliznami przedramię było zupełnie przezroczyste. Widział dokładnie swoje własne kości, pracę mieśni, kiedy zaciskał ze strachu dłoń i krew, płynącą z każdą chwilą nieco szybciej... Rozejrzał się jakby szukając kogoś kto popuka się w głowę i tym, odwiecznym gestem sprowadzającym na ziemię da mu do zrozumienia, że powinien był, dla zachowania rozumu, skończyć z wojaczką nieco wcześniej. Nikogo jednak nie było w pobliżu, prócz starego, wyliniałego kota, wylegującego się w promieniach słońca, któremu przerażone spojrzenie jego pana wcale nie przeszkadzało być niemal całkowicie przezroczystym...

Po chwili wszystko wróciło do normy, zupełnie jakby nic się nie wydarzyło. Prócz jednego - miecz wiszący nad kominkiem w starej, chłopskiej chacie na obrzeżach dawnej stolicy zniknął. Sama chata opustoszała, a jej właściciel pędził właśnie na łeb, na szyję w kierunku Nowego Minoc, na swoim wiernym koniu, odziany w pełną zbroję.

Tak, być może powinien był skończyć z wojaczką nieco wcześniej, może za rok... O tak,za rok na pewno osiądzie na stałe,będzie cieszył się plonami i dymem z fajki. Jednak teraz musi powiadomić pozostałych, musi przekazać im wieść o tym, że przepowiednia ślepej dziewczynki, ta, która leży spisana w Gmachu Spotkań Nowego Minoc być może nie jest jeno legendą.
Spojrzał na swoją dłoń i uśmiechnął się, nie widział jej już na wylot, jednak był pewien, że krew w jego żyłach zatętniła szybciej...


***

Śmiech Dziecka

Na tym poziomie jaskini tunele stawały się coraz węższe i ciasne. Przez niektóre przejścia musiała przeciskać się z trudem, wstrzymując oddech, powietrze przesiąknięte było trującymi wyziewami podziemnych bagien i złóż siarki. Czuła go, musiał być bardzo blisko. Mogłaby przysiąc, żę gdzieś w głębi tunelu słyszała jęki jego rozpaczy, czuła smród jego strachu. Uśmiechnęła się do siebie. Tak, jej ostrze niebawem posmakuje krwi tego Rivvila. Zadanie od Starszych okazało się mimo to trudniejsze niż sądziła, Rivvil wyślizgiwał się jej pościgowi zwinnie, jak piskosz w rękach niewprawnego rybaka. Była jednak już tuż tuż. Spojrzała na swoje ostrze, marne, powyginane, czym byłoby zadanie gdyby dostała prawdziwą broń? Uśmiechnęła się po raz kolejny, przewrotność Straszych w zasadzie napawała ją dumą. Żywa ofiara dla Władczyni bezkresnej Sieci była uzbrojona po zęby. Cóż, im silniejszy przeciwnik, tym większa satysfakcja z podrzynanego gardła. Wychyliła się ukradkiem zza załomu jaskini.
Stał tam, dyszał i nerwowo rozglądał się wokoło. Ukryła się w cieniu i delikatnie, na palcach, rozpoczęła swój makabryczny taniec, zbliżyła się do niego niepostrzeżenie. Zmęczenie i niepokój uleciał wraz z adrenaliną, która wypełniła jej żyły. Tak... Rozkoszne uczucie, tuż przed zatopieniem ostrza w miękkim ciele. Cięła płytko . Nie chciała by umarł zbyt wczesnie. Padł na kolana, a z jego szyi popłynęła ciemna, lepka krew. Zacharczał głośno, zamrugał oczyma. Nie pozwoliła mu pozbierać myśli, kopnęła go okutym butem w plecy, tak by padł twarzą do ziemi, pocięgnęła za włosy i powlokła za sobą. Po kilkudziesięciu metrach zatrzymała się przed wielką, srebrną pajęczą siecią. Na jej delikatnych nitkach i splotach połyskiwały, niczym diamenty, krople wody. Drowka uśmiechnęła się tryumfalnie. Uniosła mężczyznę za włosy i pchnęła go wprost na sieć. Jeszcze żył. Nie musiała czekać długo, lekkie drgania przywołały pajęczycę. Była ogromna. Człowiek nie miał żadnych szans, pająk bez trudu owinął jego bezwładne ciało swoją lepką siecią. Otuliła go muslinowa ciemność, nie mógł ruszyć kończynami, a jego przerażone zmysły, powoli zaczynały płatac mu figle. Czyżby słyszał śmiech dziecka?

Drowka rozejrzała się wokoło przestraszona. Cała jaskinia wypełniła się chichotem dziecięcia. Jego śmiech odbijał się od wszystkich ścian i otaczał ją z każdej strony. Powoli przerodził się w straszliwy, pełen rozpaczy, obłąkańczy chichot. Mroczna elfka ścisnęła mocniej rekojeść ostrza.
- Quarval!  - krzyknęła głośno wzywając pomocy u swej bogini.
Po chwili jednak zamilkła i uśmiechnęła się szeroko, zupełnie jakby sobie coś przypomniała.
- Nadchodzi... - rzekła do siebie nie przestając się uśmiechać.
Rzuciła spojrzenie na pajęczą sieć przed sobą i poruszający się nieznacznie kokon wielkości człowieka. Rozejrzała się, pająka nie było w pobliżu, musiał skryć się w jakąc dziurę, jakich niemało kryła jaskinia. Pewnie przestraszył go smiech.
- Nie obawiaj się - wyszeptała drowka - Czas zmusić los, by ugiął się przed mocą.
Wypowiedziawszy to odeszła szybko wyjawić swym pobratymcom nowinę o tym, co spotkała w tunelach...



***

Krwawy Księżyc

Kobieta coraz bardziej przyspieszała kroku. Na wszystkich bogów, to miało być spokojne, kupieckie miasteczko... Bliska rozpaczy minęła wschodnią bramę Nowego Minoc jakby goniło ją stado demonów. Teraz była już pewna. Ktoś za nią szedł. Chociaż to nie było precyzyjne okreslenie, czuła obecność za sobą, tuż obok jak i nieco przed. Czyżby traciła zmysły? Nagle jakaś lodowata dłoń pogładziła ją po policzku. Przecież to nie mogło jej się wydawać! Czuła wyraźnie, drobne, gładkie palce, przesuwające się po jej zroszonej kropelkami potu skórze. Krzyknęła. Rzuciła się pędem przed siebie. Zimne, stalowe palce zacisnęły się na jej ramieniu, mocno odpychając ją w tył. Straciła równowagę i całą siłą, jaką włożyła w bieg, opadła na bruk. Objęła kolana ramionami i schowała w nich twarz. Nie, przecież to nie może się dziać, przecież jest w samym środku najludniejszego miasta w Sosarii. Fakt, zmrok dawno już otulił je swymi czułymi ramionami, ale przecież... Potok jej oszalałych ze strachu myśli przerwał ruch. Uniosła głowe by zobaczyć wyłaniającą się z cienia sylwetkę kobiety.
- Witaj moja Piękna... Czyżby coś Cię wystraszyło? - rzekła nieznajoma z cynicznym uśmiechem na ustach, po czym rozpłynęła się w cieniu.
- Kim... - rozpoczęła przerazona kobieta, jednak nie było dane jej dokończyć, gdyż trwoga zdusiła słowa w jej krtani. Po drugiej stronie wąskiej uliczki, jakby był tam od zawsze pojawił się zupełnie znikąd jakiś mężczyzna. Prychnął lekko na słowa nieznajomej, która zniknęła gdzieś przed chwilą.
- Jesteś taka pretensjonalna moja droga, czy zawsze musisz sprawiać by smakowali strachem? - po tych słowach mężczyzna wtopił się w cienie, rzucane przez nikłe światło latarni i rozpłynął w nich niepostrzeżenie.
Kobieta krzyknęła i schowała ponownie głowę w ramionach. Za swymi plecami poczuła nagły przeciąg, lodowaty dreszcz wstąpił na jej kark i przeslizgnął się po nim obrzydliwie realnym chłodem. Zimne ramiona objęły ją i pogładziły po jej rekach. Wzdrygnęła się, ale strach sparaliżował ją na dobre.
- No już dobrze - rzekł trzeci, męski głos - przecież to nie musi być tak nieprzyjemne.
Ktoś ujął jej brodę i uniósł ją w górę.
- Jak chcecie - powiedział kobiecy głos - dziś może być po waszemu.
Oczy nieznajomej zatopiły się w źrenicach zdezorientowanej, odchodzącej od zmysłów kobiety. Jej wzrok... Wszystko przestało istnieć, strach, czas, noc, pozostały tylko oczy nieznajomej, wwiercające się w duszę, przenikające do szpiku kości.
- Już lepiej prawda? - jej spokojny, usypiający, niemal słodki głos - przecież wszystko jest tak, jakbyś tego chciała, prawda? Noc jest taka piękna...
Tak. Noc była piękna, rozkoszna. Cudowne ciepło rozlewało się po jej ciele zastepując niedawny strach. Nawet kiedy poczuła zęby na swej szyi, nawet kiedy wgryzały się w jej miękką skórę. Noc była piękna. Później kolejne i kolejne... Powoli opadała w cudownie nierzeczywistą miekkość i ciemność. Najpiękniejsza noc jaką widziała... Gdzieś z oddali dobiegł ją męski głos:
- Wystarczy. Nie ma potrzeby zabierać jej więcej niż może dać.
Ten sam głos tuż przy jej uchu:
- Byłaś bardzo dzielna moja śliczna, śpij spokojnie. To wszystko, to tylko sen...
Szyderczy śmiech kobiety, pisk i odgłos szumu skrzydeł.

Chmury rozwiane wiatrem odsłoniły ogromny księżyc. Zalśnił na niebie przyćmiewając gwiazdy. Trzy ogromne nietoperze morfowały w lesie niedaleko Minoc, przybierały ludzkie sylwetki bardzo szybko. Wszystkie trzy wpatrzone w niebo stały chwile w zupełnej ciszy. Pierwsza odezwała się kobieta:
- Owocne łowy - powiedziała obojętnie wciąż patrząc w niebo.
- Tak... Zastanawiająca sceneria, nieprawda? - rzekł jeden z mężczyzn.
- Owszem, niemal romantyczna - powiedział kpiąco drugi.
Na twarzach każdego z Dzieci Nocy gościł lekki uśmiech.
- Chyba powinniśmy zawiadomić pozostałych - powiedziała wolno kobieta.
Jeden z wampirów kiwnął głową i wypowiedział szeptem formułę, na jego miejscu zatrzepotał skrzydłami ogromny nietoperz. Dwa pozostałe poszły w jego ślady. Odelciały w ciszy, szumiąc wielkimi skrzydłami w takt podmuchów wiatru, tego samego, który rozwiewając chmury odsłonił ogromny, krwisty księżyc...


Dodano: 2014-04-14