»Przeklęty Skarb - Oficjalna Strona UOClone Shard: Tajemnica Edari

Rozdział III. Klejnot w Koronie.

Przeklęty Skarb
Wielokrotnie słyszy się opowieści o przeróżnych wyspach z niewiarygodnymi skarbami ukrytymi na nich przez piratów i morskich rzezimieszków. Opowiadają o nich najczęściej morskie wilki - ochlejmordy większość swojego życia spędzający na lądzie przesiadując w karczmach przy wiejskich łatwych dziewczynach i kuflach pełnych rumu. Gdyby zliczyć wszystkie te opowieści wyszło by na to, że ocean to jedna wielka wyspa skarbów. Wielu śmiałków - poszukiwaczy skarbów wypływało na wielkie wody w mniej lub bardziej udanych eskapadach. Częściej wracało ich ponad połowa i ze skarbami których tak pilnie pożądali jednak zdarzały się też takie wypadku które kończyły się totalną klęską. Po całej krainie krąży znana legenda o wyprawie jednego z najbardziej krwawych i chciwych piratów Edarii. Porwał on się wraz ze swoją załogą na wyspę o której już starożytni mówili, że przeklęta po stokroć. Nie zmrużyło to chciwości starego i przebiegłego pirata, który nie odpuścił by nawet złamanej monety…

Płynęli już trzeci tydzień. Według tego co mówił kapitan wyspa lada chwila powinna pojawić się na horyzoncie. Zapasów mieli wystarczająco dużo - ten galeon, który zrabowali tydzień przed teraźniejszą wyprawą był wypakowany jedzeniem oraz napitkiem po sufit ładowni. Załogę wycieli co do ostatniej sztuki - jak zwykle. Tym razem jednak płynęli po coś o wiele cenniejszego. Kapitan w bliżej nieznanych okolicznościach wpadł w posiadanie mapy na której zaznaczono położenie wyspy po brzegi wypełnionej skarbami. Podobno. Nic nie wiadomo o tym skąd skarby wzięły się na wyspie. Zresztą biorąc pod uwagę stan mapy połowa załogi poddawała w wątpliwość to czy wyspa w ogóle istnieje. Już dawno mogła zostać pochłonięta przez ocean. Niespodziewanie jednak z gniazda na maszcie dobiega głos “Ląd na horyzoncie! Ląd!”. W mgnieniu oka ze swojej kajuty wyłania się kapitan i chrapliwym głosem zaczyna wrzeszczeć “Arrrr! Brać się do roboty! Lądowe szczóry!” po czym załoga w popłochu zaczęła biegać po całym pokładzie.

Minęło parę godzin nim dobili do brzegu piaszczystej plaży. Statek zostawili za sobą z powodu mielizny otaczającej tę część niewielkiej zielonej wyspy. Cała była obrośnięta bujnymi palmami oraz trawami rosnącymi na wysokość barków. Zacumowali szalupę i zaczęli się organizować. Kapitan był wśród nich - nie odpuścił by sobie badanie tak dziewiczego terenu. Z jego twarzy można było wyczytać podnieceni. W dłoni gniótł już i tak podniszczoną starą mapę. Połowie załogi rozkazał rozbić prowizoryczny obóz - prawdopodobnie zabawią tutaj jakiś czas. Drugiej połowie rozkazał iść ze sobą.

Przedzierając się przez gęste i wysokie trawy wycinali je ostrymi, długimi maczetami. Szli powoli - nie chcieli ściągnąć na siebie dzikich zwierząt. Kapitan prowadził ich według mniejszego rysunku na mapie, przedstawiającego wyspę. Po dłuższym czasie przecinania się prze dziką roślinność dziewiczych terenów bezludnej wyspy w końcu zbliżyli się do dziwnych kształtów zabudowania. Kamienna budowla z jasnego kamienia cała porośnięta bluszczem stanęła przed ich oczami. Szybko odnaleźli zarośnięte wejście a jeszcze szybciej je oczyścili. Nikt nie chciał denerwować wyraźnie podnieconego kapitana. Kiedy się złości jest nieobliczalny. Rozpalając pochodnie weszli do środka. Powoli poruszając się długim korytarzem stopniowo schodzącym w dół doszli do obszernej komnaty. To co ukazało się ich oczom było niepojęte. Żaden z nich nigdy w życiu nie widział tak dużej ilości skarbów! Było tam wszystko od monet, kamieni szlachetnych, do bogato zdobionych pucharów i sztućców. Największą uwagę jednak przykuło uzbrojenie, które tam znaleźli - zbroje i bronie o których nigdy im się nie śniło. Srebrne, złote i adamantytowe napierśniki. Pełne zbroje płytowe całe ze złota jaskrawo połyskiwały w płomieniach pochodni. Co rusz potykali się o wystającą z kosztowności broń - to miecz, to pikę. Było tam wszystko co potrzebne aby ubrać stuosobową armię! Ba! Nawet większą. I przy tym wyglądała by jak potok złota zalewający swoich wrogów. Kapitan jednak stał na środku tajemniczej komnaty z oczami wybałuszonymi w cokół. Stojące na samym środku niewielkie wzniesienie skrywało w sobie niesamowity skarb. Było to klejnot wielki jak serce wieloryba i czysty jak kropla rosy o poranku. Biło od niego dziwaczną magią którą dało się odczuć na kilka metrów. Kapitan krok po kroku powoli zbliżał się do klejnotu oblizując wargi i bacznie obserwując gdzie stawia stopy. Nie chciał przecież wpaść w głupią pułapkę. Ku jego i załogi zdziwieniu udało mu dojść się do wzniesienia bez szwanku. Oto stał oko w oko z największym skarbem jaki widziała Edaria i już lada moment to on miał zostać jego właścicielem - po wsze czasy czego nie mógł się spodziewać. Powoli i ostrożnie wyciągnął ręce aby pochwycić szlachetny kamień. Kiedy skóra jego dłoni zetknęła się z gładkimi ścianami klejnotu poczuł kujący dreszcz na karku. W jego głowie zajarzyło się jasne światło a ból zaczął przeszywać podstawę czaszki. Nieświadomy już wzniósł kamień wysoko do góry na wyprostowanych ramionach a z jego gardła wydobył się przeraźliwy głos.
Od teraz wszyscy należycie do mnie!
Na postrach całej załogi głos odbijał się echem… Nie po ścianach komnaty lecz od ścian ich czaszek. Spłoszeni zaczęli rwać się do wyjścia. Co poniektórzy nie zdołali ubiec nawet metra - monet i kosztowności zaczęło jakby przybywać a oni poczęli tonąć w nich niczym w bagnie. Inni gdy wbiegli do wąskiego korytarza który prowadził na powieżchnię padali jeden za drugim. Biegnąc czuli na swoich plecach powiew - niczym oddech. Oddech śmierci we własnej osobie. Nikt nie wybiegł przez ociosane z gałęzi kamienne wyjście.

Już dawno rozbili obóz i bacznie obserwując horyzont piasku który łączył się z trawiastą dżunglą zachodzili w głowę co dzieje się z ekipą, która powędrowała w głąb wyspy. Na pewno pławią się w skarbach i błyskotkach skrywanych w jej wnętrzu. Ich domysły i spokój w jednym momencie przerwał głuchy huk i porywcze uderzenia skrzydeł spłoszonych ptaków. Wszystkich podniosło na nogi. Bacznie przyglądali się teraz dżungli do której mieli nie więcej niż parenaście metrów. Z między traw i drzew wyłoniła się fala jasno purpurowego podmuchu niczym mgła. Podążała jednak w ich stronę na tyle szybko, że żaden nie zdążył zareagować. Jak jeden mąż stanęli wygięci w przeraźliwym bólu tak mocnym, że ich oczy wywróciły się do góry nogami odsłaniając poprzecinane niewielkimi żyłami biało. Nie wydając z siebie żadnego dźwięku padli na spalony słońcem piasek. Jedyne co udało im się odczuć przed niechybną śmiercią to cichy a zarazem bardzo niespokojny głos mówiący “Od teraz wszyscy należycie do mnie”.

Artefakty z tej grupy to wiecznie przeistaczane przez klątwę, bogactwa wyspy skarbów. Wszystko co trafia na wyspę przesiąka esencją klątwy i przekształca się nie do poznania.

Nademir
Dodano: 2015-05-11
(Ostatnia Zmiana: 2016-08-30)